Jakub Socha

Wojna z terroryzmem i seks

Gorączka złota
/fwm/article/Wojna+z+terroryzmem+i+seks-128701
Filmweb sp. z o.o.
http://zglyvvuyqiuzhf.com/fwm/article/Kino+kontra+reszta+%C5%9Bwiata-128634

Kino kontra reszta świata

HOTSPOTPodziel się

Mecz – zupełnie jak film – ma swoją dramaturgię, zwroty akcji i z wdziękiem poddaje się rozmaitym interpretacjom.

Mecz – zupełnie jak film – ma swoją dramaturgię, zwroty akcji i z wdziękiem poddaje się rozmaitym interpretacjom. Nic dziwnego, że pomosty między tymi dwoma światami budowane są na każdym kroku.

***

"Happy Ending", wchodzącą w skład zbioru "Każdy ma swoje kino" nowelkę wyreżyserowaną przez Kena Loacha, zgodnie z obietnicą wieńczy wymowna puenta. Tato z synkiem proszą pracownicę multipleksu o pomoc w wyborze filmu na sobotnie popołudnie. Niestety, w ofercie kina znajdują się tylko dramat o Hitlerze, rozerotyzowana komedia i tani wyciskacz łez. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta, ludzie w kolejce zaczynają się niecierpliwić. W końcu zrezygnowany ojciec mówi do potomka: "Wiesz co? Lepiej chodźmy na mecz". Twarz chłopaka rozjaśnia się w uśmiechu aprobaty. A więc happy end? Tylko z pozoru. Gdyby film miał swój dalszy ciąg, Loach równie dobrze mógłby pokazać rozczarowanie bohaterów, którzy zamiast emocjonującego widowiska obserwują na stadionie skomercjalizowany do cna spektakl. Współczesne kino i futbol łączy bowiem analogiczny status masowej rozrywki stopniowo tracącej niewinność i stającej się zakładnikiem polityczno-biznesowej elity. Na całe szczęście od tej smutnej reguły wciąż istnieją jednak wyjątki – arcydzielne filmy i trzymające w napięciu mecze, przebłyski geniuszu, jakich nie da się w żaden sposób przewidzieć ani zaprogramować. Kto myśli inaczej, ten zaiste ma – cytując słynne słowa bramkarza Gianluigiego Buffona – śmietnik zamiast serca.

Podobieństw między piłką a kinem jest znacznie więcej. Statystyczny mecz i przeciętny film trwają mniej więcej tyle samo. Zarówno wizyta na stadionie, jak i w kinie ma w sobie coś ze święta – przenosi widza w świat, którzy rządzi się swoimi prawami, dostarcza niecodziennych emocji. Chęć naśladowania zawodników na boisku i poza nim, podkreślania więzi z ulubionym klubem choćby na poziomie specjalnego ubioru, stanowi natomiast ekwiwalent kinofilii. Wreszcie, co najważniejsze, mecz – zupełnie jak film – ma swoją dramaturgię, zwroty akcji i z wdziękiem poddaje się rozmaitym interpretacjom.

Zwycięstwa i porażki

Nic dziwnego, że pomosty między tymi dwoma światami budowane są na każdym kroku. Nie tak dawno Aurelio de Laurentiis, prezes SSC Napoli, a zarazem producent filmowy, dziękował piłkarzom i trenerowi za to, że w zeszłym sezonie potrafili wykreować  na boisku "wielkie piękno". Przywołując tytuł dzieła Paola Sorrentina, ekscentryczny działacz upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie tylko popisał się efektowną frazą, lecz jednocześnie złożył hołd bodaj najbardziej znanemu dziś kibicowi swej  drużyny.

Sorrentino, chłopak z Neapolu, wspomniał o ukochanym klubie nawet podczas przemowy oscarowej, gdy wygłosił podziękowania pod adresem Diega Maradony. Postawienie się w tym samym szeregu z  największą legendą w historii Napoli, człowiekiem, który zapewnił klubowi jedyne w historii tytuły mistrza Włoch, tylko z pozoru wygląda na uzurpację. W rzeczywistości Sorrentino daje mieszkańcom swego miasta niemal tak wielkie powody do radości jak słynny piłkarz. Niczym Maradona i inne legendy ulubionego klubu, pozostaje przykładem chłopaka "stąd", przedstawiciela biednego i niedocenianego Południa, który potrafi osiągnąć imponujący sukces i utrzeć nosa wielkim tego świata.

O tym, że piłkarska fascynacja Sorrentina jest szczera, świadczy już jego debiut – praktycznie nieznany w Polsce film "O jednego więcej" z 2001 roku. Istotny wątek fabuły stanowi historia inspirowana losami Agostina Di Bartolomei. Środkowy pomocnik, który słynął z eleganckiego stylu gry, boiskowej inteligencji i szacunku do zasad fair play, największe sukcesy odnosił w barwach AS Roma. Podczas 12 lat gry w stołecznym klubie, pomógł mu w wywalczeniu mistrzostwa i trzech Pucharów Włoch, dzięki czemu zyskał status ulubieńca kibiców. Wszystko to przestało mieć  znaczenie, gdy Di Bartolomei zakończył karierę. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca poza boiskiem, piłkarz zapadł na kliniczną depresję i popełnił samobójstwo w wieku 39 lat. 

Biografia bohatera "O jednego..." Antonia Pisapii może i różni się w szczegółach od życiorysu Di Bartolomei, ale pozostaje naznaczona tym samym egzystencjalnym lękiem, którego naturę zwięźle ujął ukraiński poeta Jurij Andruchowycz: "Futbol jest fatamorganą. Idziesz i idziesz do postawionego celu, a kiedy go osiągasz, to następnego dnia okazuje się, że tylko ci się zdawało, że go osiągnąłeś. Bo znów wszystko straciłeś. W piłce nożnej nieuniknione jest nadejście jutra, kiedy wszystko tracisz". Oczywiście, charakteryzująca Pisapię niepewność, poczucie kruchości i uzależnienia od kaprysów losu towarzyszy nie tylko profesjonalnym futbolistom. Debiutujący Sorrentino był jednak przenikliwy na tyle, by dostrzec, że krótki i intensywny charakter piłkarskiej kariery pozwala owe dylematy wyostrzyć, spotęgować i nadać im dramaturgiczną wyrazistość. 

"O jednego więcej"

Kilkanaście lat później włoski reżyser udowodnił, że potrafi zajmująco przedstawić nie tylko figurę zawodnika, lecz także kibica. Mowa o kardynale Voiello – wiodącej postaci ze świetnie przyjętego serialu "Młody papież". Wpływowy hierarcha sprawia wrażenie, jakby częściej niż Biblię czytał książki Machiavellego – jest wytrawnym dyplomatą, cynicznym graczem i mistrzem zakulisowych intryg czyniących z niego szarą eminencję Watykanu. O tym, że w ciele tego cyborga w sutannie drzemie jakaś dusza, świadczy tylko jedna rzecz – namiętność do futbolu. W trakcie meczów swojej ulubionej drużyny, którą okazuje się, a jakże, SSC Napoli, kardynał zmienia się nie do poznania. Ubrany w klubowy strój, wznosi się na histeryczny poziom emocji i jest w stanie zbluzgać dziennikarza wsławionego artykułem o powracającym nałogu narkotykowym Maradony za to, że "wymienia imię Boga nadaremno". 

"Młody papież"
Kontrast pomiędzy Voiello-hierarchą a Voiello-kibicem stanowi, rzecz jasna, źródło pierwszorzędnego komizmu, ale prowadzi też do czegoś więcej. Właśnie fascynacja futbolem jest pierwszym objawem drzemiącej głęboko we wnętrzu kardynała wrażliwości, która w miarę rozwoju fabuły przybiera na sile i każe widzowi zrewidować pierwotne sądy na temat bohatera. Płynący z "Młodego papieża" morał byłby zatem ironiczny i po Camusowsku prosty: ten, kto pasjonuje się futbolem, wie o moralności więcej niż inni.

Z dala od wielkich aren

Związków piłki nożnej i etyki nie trzeba wcale zgłębiać z perspektywy watykańskich pałaców. Równie inspirujące mogą okazać się pod tym względem boiska polskiej B-klasy. Przy okazji trzeba przyznać, że zdanie to stało się na nowo aktualne od niedawna. Tak jak bowiem przez lata nie mogliśmy dorobić się nad Wisłą nieprzynoszącej wstydu kadry narodowej, tak od czasu "Piłkarskiego pokera" brakowało nam porządnego kina z futbolem w tle. Mimo podejmowanych prób, luki tej nie były w stanie zapełnić "Gwiazdy", "Boisko bezdomnych" czy "Skrzydlate świnie". Choć filmy te reprezentowały różną jakość artystyczną, łączył je fakt, że traktowały piłkę nożną instrumentalnie, w sposób pozbawiony głębszego zaangażowania, a przede wszystkim – pasji.

"Gwizdek"

Tak jak przez lata nie mogliśmy dorobić się nad Wisłą nieprzynoszącej wstydu kadry narodowej, tak od czasu "Piłkarskiego pokera" brakowało nam porządnego kina z futbolem w tle.
Piotr Czerkawski
Sytuację zmieniło dopiero pojawienie się na boisku czystego talentu – Grzegorza Zaricznego. Reżyser, sam od lat zafascynowany futbolem, stworzył imponujący portret sędziego z okręgówki w dokumentalnym "Gwizdku". O historii pasjonata, który w szarej rzeczywistości polskiej "kopanej" wystawia na próbę młodzieńcze ideały, napisano już wszystko. Tymczasem równie ciekawym, a wciąż mniej opatrzonym filmem wydaje się fabularny "Baraż" Tomasza Gąssowskiego. Niespełna 30-minutowa opowieść również wyrasta z osobistych doświadczeń reżysera, który przez kilka lat zajmował się szkoleniem piłkarzy w jednej z niższych lig. Debiutującego twórcę nie interesują jednak rzewne wspominki. Gąssowski nie ukrywa, że zajmuje go opowiadanie o roli futbolu w kształtowaniu życiowych postaw. Na całe szczęście reżyser umie robić to z dyskrecją i humorem. W świecie "Barażu" rozmowy o abstrakcyjnych pojęciach takich jak "uczciwość" i "honor" prowadzi się prostą, często niespecjalnie składną polszczyzną, między kolejnymi łykami taniej oranżady. Tę błogosławioną przyziemność da się odczuć choćby w scenie, gdy synek chwali się ojcu, byłemu zawodnikowi: "Strzeliłem gola! Ze spalonego, ale strzeliłem". Niewzruszony ojciec odpowiada tylko: "Ze spalonego, czyli nie strzeliłeś". Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten krótki dialog mówi nam o życiowej przyzwoitości więcej niż dowolny film późnego Zanussiego.

Rozważania na temat relacji futbolu ze współczesnym kinem można by kontynuować jeszcze na wiele sposobów. Na przykład, przywołując baśniową wizję wspólnoty z "Szukając Erica" wspomnianego Loacha, w którym wielki Eric Cantona wyciąga pomocną dłoń do swego zagubionego fana. Na drugim biegunie znalazłaby się wówczas inna wizja utopii, ta zawarta w dokumentalnym "W otchłani futbolu" Corneliu Porumboiu. Rumuński reżyser posadził w nim przed kamerą swojego kumpla – wariata grzmiącego, że należy zrewolucjonizować zasady gry w piłkę, bo – w wyniku obowiązujących przepisów – 30 lat temu nabawił się kontuzji. Trzeba przyznać, że trudno o trafniejszy, choć przebrany w szaty filmu futbolowego komentarz na temat postkomunistycznej frustracji i wynikającego z niej zwrotu ku populizmowi.

Równie ciekawe, co całe filmy, wydają się jednak pojedyncze sceny wprowadzające tematykę piłkarską znienacka, mimochodem i bez zapowiedzi. Pod tym względem arcydzieło na miarę przewrotki Garetha Bale'a z ostatniego finału Ligi Mistrzów stanowi pewna sekwencja z "Bez tytułu" Michaela Glawoggera. Austriacki reżyser, prywatnie wielki fan futbolu, a nawet autor dokumentu "Frankreich, wir kommen" opowiadającego o austriackich kibicach na Mundialu 98', podróżuje po Liberii. W pewnym momencie jego wzrok przykuwa przedziwny widok: nad brzegiem morza grupa poruszających się o kulach inwalidów rozgrywa między sobą mecz piłkarski. Zachwycony zaangażowaniem i pasją zawodników reżyser podchodzi coraz bliżej. Gdy nie może porozumieć się z młodymi Afrykańczykami, okazuje się, że jedyny kod umożliwiający wzajemną komunikację stanowią nazwiska sławnych piłkarzy. W ten sposób Glawogger pół żartem, pół serio tworzy nowy język, w którym "Ja znaczy Ronaldo, bo każdy się z nim identyfikuje, Lubię znaczy Messi, bo wszyscy go lubią, a Mourinho znaczy Mourinho, bo tego nie da się zmienić". Autentycznie poruszony tą deklaracją wiary w uniwersalność i trwałość futbolu mam do tragicznie zmarłego Glawoggera tylko jedną uwagę: Misha, zapomniałeś o Lewandowskim!

(Zdjęcie ze strony głównej pochodzi z gettyimages.com, autor: Bongarts.)
6