Recenzja filmu Czarna Pantera (2018)
Ryan Coogler

Król Pantera

Świeżość "Czarnej Pantery" polega przede wszystkim na sugestywnej pop-polityczności. To wyrównująca szanse fantazja o tym, że jest gdzieś w Afryce państewko Wakanda, które nie tylko bryluje w ...
Filmweb sp. z o.o.
Przesyt, kryzys, nuda – to niekoniecznie złe rzeczy. Zagoniony do ślepego zaułka powtarzalności gatunek może albo sczeznąć w serii coraz mniej udanych powrotów albo wywinąć się, stosując nową zagrywkę. To nie przypadek, że najpopularniejszymi filmami superbohaterskimi ostatnich dwóch lat są "Wonder Woman" (która odkryła dla filmowego komiksu kobietę), "Logan" (który odkrył dla filmowego komiksu starość) i "Deadpool" (który odkrył dla filmowego komiksu autoparodię). Oczywista oczywistość: świeżość "Mrocznego Rycerza" czy "Avengers" dawno wywiało, jedyny ratunek w ucieczce do przodu. Studio Marvel, czujące na karku oddech konkurencji i samo wypluwające co roku po trzy nowe filmy, nie ma wyjścia, musi szukać nowych alejek. W zeszłym roku dostaliśmy od nich "Thora: Ragnarok", czyli film o superbohaterskim zmierzchu bogów, tyle że w konwencji skeczu "SNL". Pora na wariant serio: "Czarną Panterę", czyli superbohatera nadrabiającego lata społecznych nierówności. 


Nieprzypadkowo mamy w filmie Ryana Cooglera scenę, w której zapatrzony w dostojnego głównego bohatera czarnoskóry chłopiec pyta: "kim jesteś?". Zupełnie jakby nie mógł uwierzyć, że na jego oczach materializuje się marzenie wszystkich czarnoskórych chłopców oglądających dotąd filmy z białym Iron Manem i białym Kapitanem Ameryką, gdzie herosów o – nazwijmy ją: ciemniejszej – karnacji delegowano do funkcji pomocników. Tym razem role są odwrócone: w obsadzie są zaledwie dwaj biali aktorzy, i to na drugim planie. Cynikom blockbuster o afrykańskim superbohaterze może wydać się dzieckiem poprawności politycznej i kapitalistycznej kalkulacji. Ale nawet jeśli "Czarną Panterę" spłodziły zeitgeist i rynek, nie znaczy to, że film nie robi dobrej roboty i nie może być ważny, szczery czy zwyczajnie udany.

Oczywiście, świeżość "Czarnej Pantery" polega przede wszystkim na sugestywnej pop-polityczności. To wyrównująca szanse fantazja o tym, że jest gdzieś w Afryce państewko Wakanda, które nie tylko bryluje w kwestii postępu technologicznego, ale i ma swojego własnego bohatera w cool kostiumie. Nowa jest tu zatem przede wszystkim otoczka: czarnoskóre twarze bohaterów i bohaterek, koloryt licznych plemiennych rytuałów, bijąca z ekranu barwna egzotyka strojów oraz scenografii, afrykańsko-hip-hopowe rytmy na ścieżce dźwiękowej. Za nimi czai się zaś marvelowy chleb powszedni: historia kolejnego herosa stawiającego czoła swojemu złemu lustrzanemu odbiciu, opowiedziana ze szczyptą humoru i w otoczce pospolitego spektaklu CGI. Mamy tu (wciąż żywe!) powidoki "Mrocznego Rycerza" (pościg/przesłuchanie w środku filmu) czy Bondowskiego "Skyfall(wizyta w ekskluzywnym kasynie). Po raz drugi Marvel pożycza też fabularne tropy rodem z… "Króla Lwa" (pierwszy zrobił to Kenneth Branagh w "Thorze"). Rozbrzmiewające nad pejzażem sawanny wokalizy zapewne potęgują takie skojarzenia, ale powiedzcie mi, że nie brzmi to znajomo: jest młody król, jest zły pretendent do tronu, jest sędziwy mędrzec z laską, jest czuwający w zaświatach ojciec. Jest "życia krąg", jest "przyjdzie czas", brakuje może tylko "hakuna matata".


A to dlatego, że Ryan Coogler i spółka nie godzą się na znieczulający przekaz "nic się nie martw". Reżyser wykorzystuje fakt, że jego bohater to głowa państwa: bierze klasyczne komiksowe pytanie o związek między wielką mocą a wielką odpowiedzialnością i przepisuje je na dylematy, przed jakimi stają dziś kolejne rządy. Coogler mówi tu o imigrantach, o rządzących i ich obowiązkach względem obywateli oraz świata, o pokusie budowania murów; inscenizuje opowieść o politycznym poszerzeniu świadomości. Najpierw jest więc mit (otwierająca film baśniowa geneza Wakandy), potem – historia (retrospekcja z ojcem T’Challi), a wreszcie współczesność, w której ów mit i ową historię należy przemyśleć na nowo, zrewidować, czasem nawet podważyć. T’Challa odkrywa, że bycie królem przynosi poważniejsze dylematy niż "kogo kopnąć w superbohaterskim starciu". Nie miejcie jednak złudzeń: to wciąż dyskurs w wersji blockbusterowej. Kolejne argumenty i tak przyjmują ostatecznie formę supersilnych kopniaków.

Cooglerowi nie udaje się niestety przepisać intensywności bokserskich starć z "Creeda" na spektakl komiksowych pogoni i bijatyk. Cóż, wychodzi na to, że ze wszystkich marvelowskich reżyserów wciąż tylko bracia Russo potrafią kręcić trzymające za twarz sceny akcji (a może po prostu mają lepszych reżyserów tzw. drugiej ekipy). Komputerową nijakość "Czarnej Pantery" równoważy jednak pierwiastek ludzki. Fakt, "ulepszony" kostium T’Challi, który na jego życzenie może rozpływać się w powietrzu, odbiera jego akrobatycznym wyczynom poczucie wagi, stawki, grawitacji, ciężaru, czytaj: realności. Ale pod cyfrowym pancerzem wciąż jest charyzmatyczny Chadwick Boseman, który hipnotyzuje autentycznie "kocią" mową ciała i przeszywającym spojrzeniem wrażliwych oczu. Uwodzi i reszta obsady, zwłaszcza w-niczym-nie-ustępujące-tytułowemu-mężczyźnie kobiety: Lupita Nyong'o jako ukochana T’Challi Nakia, Danai Gurira jako szefowa jego ochrony Okoye, Letitia Wright jako jego siostra Shuri. Szczególnie rozbrajająca jest relacja między rodzeństwem, uszczypliwa i czuła zarazem. T’Challa i Shuri niby wciąż sobie dogryzają, ale jest coś słodkiego w tym, jak zwracają się do siebie, niby oficjalnie, per "bracie"/"siostro". Słychać w tym i królewski protokół, i porozumiewawczą drwinę, i zwyczajną rodzinną miłość. Otóż to: w "Czarnej Panterze" spotykają się "black power", "female power" oraz "family power".


Coogler wie też coś, o czym w Marvelu regularnie się zapomina: bohater jest tylko tak dobry jak jego przeciwnicy. Pod okiem reżysera Andy Serkis i Michael B. Jordan wybijają się ponad średnią. Mamy tu sprytny podział obowiązków: Serkis jako Ulysses Klaue po prostu bawi się "komiksowym" złem, a Jordan jako Erik Killmonger dźwiga właściwy – emocjonalny i moralny – ciężar łotrostwa. Jego motywacje są czytelne i – co więcej – obnażają achillesową piętę T’Challi. W sumie ciekawe: w "Czarnej Panterze" to właśnie villain – a nie heros – wyraża słuszny "czarny" gniew ufundowany na stuleciach niewolnictwa, rasizmu i generalnej niesprawiedliwości. Ale taka przecież rola dobrego przeciwnika: wytknąć bohaterowi jego błędy i sprowokować go do rozwoju. Nieprzypadkowo to właśnie ulubiony aktor Cooglera wygłasza tu postulaty zmiany. Sam twórca ma przecież podobne priorytety: napiętnować zaniedbania popkultury, popchnąć popkulturę do przodu. Jeśli ma się udać, przyda się superbohater.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (170 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry