Recenzja filmu Słudzy diabła (2017)
Joko Anwar

Ma oczy swojej matki

Trudno obwiniać "Sługi diabła", że chwilami idzie na skróty, że korzysta z najbardziej charakterystycznych, nadal, dodajmy, efektownych, sztuczek, że jest, po prostu, horrorem, lecz nie opuszcza ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie każdy jest Peterem Jacksonem, żeby móc ot tak nakręcić remake ukochanego filmu z lat dziecinnych, na który poszły gigantyczne pieniądze. Ale do realizacji podobnego marzenia nie potrzeba ani Hollywoodu, ani fury lśniących monet. Wystarczy urodzić się na drugim końcu świata.


Nie sugeruję tym samym, że Joko Anwar miał u siebie łatwiej. Bynajmniej. Poszczęściło mu się, że, niedorostkiem będąc, lubił taniuchne horrory, a nie wysokobudżetowe spektakle destrukcji, bo niemożność realizacji podobnego widowiska w ojczyźnie byłaby niechybnie źródłem frustracji. Co nie zmienia faktu, że indonezyjski przemysł filmowy raczej nie obsypał chętnie złotem faceta, który uparł się, że zrobi na nowo horror sprzed trzydziestu paru lat. Anwar nie potrzebował jednak fortuny, aby jego film wyglądał jak nakręcony za miliony, z czym problem mają amerykańskie taśmociągi wypluwające z siebie kolejne marne filmidła epatujące niegroźną grozą (sic!), choć przecież wydaje się na nie rzeczone kwoty. Dość jednak o pieniądzach, mimo że nie sposób się na ten temat nie zająknąć, bo mocno tu wyeksponowany, nazwijmy to, pierwiastek analogowy jest wypadkową konieczności i kreatywności. Akurat tak się dobrze i cokolwiek wygodnie złożyło, że estetyka retro przeżywa swój może nawet i nadmiernie przeciągnięty renesans, dlatego "Słudzy diabła" nie wyglądają archaicznie, lecz modnie, z ich brakiem CGI i posmakiem starocia. Nie ma w tym absolutnie żadnej złośliwości, film Anwara faktycznie prezentuje się niezgorzej i nie chodzi jedynie o klimatyczną scenografię czy całkiem odważne, dynamiczne zdjęcia, ale i sam czynnik kulturowej odrębności. Bo nie są to lata osiemdziesiąte, jakie znamy z osiedla. Ale przy całym tym stosunkowo obcym nam sztafażu indonezyjski reżyser zdaje się równocześnie udowadniać, że język filmu – szczególnie tak skonwencjonalizowanego gatunku jak horror – jest zaprawdę uniwersalny.


Aspekt kulturowy, choć przecież niespecjalnie znowu wyeksponowany, dla Europejczyka będzie jednak integralną częścią składową całego doświadczenia towarzyszącego seansowi, obcowanie z indonezyjskimi strachami niesie tym samym pewną nowość. Dlatego też, choć "Słudzy diabła" budują napięcie przy pomocy stosunkowo standardowych, choć sprawnie zastosowanych technik narracyjnych (na minus niekiedy aż nazbyt oczywiste nagromadzenie Czechowowskich strzelb), samo tło podkręca ich siłę oddziaływania. Bo, na przykład, wielopokoleniowa rodzina, na której czele po śmierci matki i wyjeździe ojca stoi dwudziestoparoletnia Rini, opiekująca się trzema młodszymi braćmi, nie pomieszkuje w gotyckiej rezydencji, ale zawilgotniałej chacie, a tytułowy diabeł to nie ten urodzony w budynku Dakota, lecz wyciągnięty z islamskich pism. Zresztą film ten, choć niewątpliwie nakręcony również z myślą o widowni zachodniej (co nie odjęło mu popularności w ojczyźnie – ponad cztery miliony sprzedanych wejściówek), można uznać za poniekąd konserwatywny, gdyż źródłem zła, tak jak w oryginalnej wersji, jest religijna absencja i wyrzeczenie się boskiej łaski. Nie bagatelizując jednak owego aspektu, Anwar nie traktuje go priorytetowo, jego horror to nadal cyrk grozy, odważnie poczynający sobie ze skołatanymi nerwami oglądającego, bo z każdą sceną następuje intensyfikacja ciskanych na ekran okropności. Dlatego finał jest rozczarowujący; wyśrubowane przez poprzedzający akt napięcie nie daje rady osiągnąć wyższego pułapu. Ale już i tak pandemonium rozgrywające się na indonezyjskiej prowincji oferuje dość atrakcji, żeby wytrącić argumenty z rąk nawet i wyjątkowym malkontentom.

Trudno obwiniać "Sługi diabła", że chwilami idzie na skróty, że korzysta z najbardziej charakterystycznych, nadal, dodajmy, efektownych, sztuczek, że jest, po prostu, horrorem, lecz nie opuszcza przeświadczenie, iż Anwara stać na więcej. Fabularne wolty są suche, z obowiązkowym udziałem lokalnego mędrca, tajemnica z przeszłości ciążąca na domu Rini – rozwodniona i niepotrzebnie przedzielona licznymi kulminacjami, czyli jest na co narzekać. Ale tak po prawdzie, za bardzo nie ma po co, bo "Słudzy diabła" to wyborny horror, a takie nieczęsto goszczą w kinach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 38% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Bartosz Czartoryski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry