Recenzja filmu Rocky Balboa (2006)
Sylvester Stallone

Ostatnia runda

"Rocky Balboa" to film, który najbardziej jest zbliżony do dwóch pierwszych części. Nie znajdziemy tu patosu wylewającego się z każdego kadru, klimat też jest zdecydowanie bardziej nostalgiczny, ...
Filmweb sp. z o.o.
Po wpadce, jaką okazał się "Rocky 5", nikt nie sądził, że pojawi się nowy film z cyklu. Sylvester Stallone był jednak nieugięty i za wszelką cenę chciał doprowadzić do realizacji kolejnego obrazu, który stanowiłby dopełnienie historii walecznego pięściarza z Filadelfii. Pomimo znanego nazwiska gwiazdor miał ogromne problemy z domknięciem budżetu, wydawało się, że ani widzowie, ani branża nie wierzyła w projekt. Choć "Rocky Balboa" nie jest dziełem wybitnym ani nie zdobył żadnych nagród, to jednak stanowi godne podsumowanie pięściarskiej kariery Włoskiego Ogiera.


Rocky Balboa (Sylvester Stallone) prowadzi restaurację w swoim rodzinnym mieście. Nie narzeka na brak klientów, ponieważ Ci chętnie odwiedzają lokal, żeby porozmawiać z byłym bokserskim czempionem. Po śmierci ukochanej żony Rocky stracił dobry kontakt ze swoim synem (Milo Ventimiglia). Starzejący się mężczyzna bardzo pragnie coś zmienić w swoim życiu i postanawia zdobyć licencję bokserską. Kiedy mu się udaję, w mediach szybko roznosi się wiadomość o powrocie legendy ringu do sportu. Promotorzy postanawiają zorganizować walkę z obecnym mistrzem świata wagi ciężkiej (Antonio Tarver) w Las Vegas.

"Rocky Balboa" to film, który najbardziej jest zbliżony do dwóch pierwszych części. Nie znajdziemy tu patosu wylewającego się z każdego kadru, klimat też jest zdecydowanie bardziej nostalgiczny, a sam Rocky nie potrafi odnaleźć się w realiach współczesnego świata. Dodatkowym plusem jest brak antagonizowania rywala tytułowego bohatera. Do tej pory jego przeciwnicy byli utożsamiani z czarnymi charakterami. Choć Mason Dixon nie pała zbytnim sentymentem do starszego kolegi po fachu, to fabuła nie skupia się na ich zajadłości i wrogości. To dwójka sportowców, a Balboa chce walczyć dla siebie, żeby zapełnić pustkę w swoim sercu.


Ostatnia odsłona serii to także powrót twardzieli w starym dobrym stylu; każdemu, kto wychowywał się na dawnym kinie akcji, zakręci się łezka w oku. W przeciwieństwie do "Niezniszczalnych", historia Włoskiego Ogiera nie jest pastiszem, ale opowieścią na serio. Oprócz spektakularnego finałowego pojedynku, reżysera najbardziej bardziej interesuje ukazanie złamanego człowieka, którego trawią demony przeszłości, aniżeli sportowca wracającego na ring.

W "szóstce" znalazło się oczywiście miejsce dla najbardziej rozpoznawalnych i kultowych scen serii, jak choćby sekwencja treningu, którą wieńczy bieg po słynnych schodach, płomienna przemowa mistrza, moment zwątpienia w ringu, ale i cudowne "zmartwychwstanie" i heroiczna walka do ostatniej rundy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie