Recenzja gry Cold Waters (2017)

Zimna, podwodna wojna

Kiedy Ronald Reagan obejmuje urząd 40. prezydenta Stan Zjednoczonych, szybko utwardza stanowisko polityki zagranicznej względem Związku Radzieckiego. Jego słynne określenie na ZSRR – "imperium ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy Ronald Reagan obejmuje urząd 40. prezydenta Stan Zjednoczonych, szybko utwardza stanowisko polityki zagranicznej względem Związku Radzieckiego. Jego słynne określenie na ZSRR – "imperium zła", a także sankcje gospodarcze nałożone na państwa bloku wschodniego mocno podgrzały atmosferę na arenie międzynarodowej.


Zestrzelenie koreańskiego samolotu pasażerskiego w 1983 roku przez lotnictwo radzieckie dolało dodatkowo oliwy do ognia. Zaszczuty przez świat Związek Radziecki zachował się jak zapędzony w kozi róg dziki zwierz. Wojska Układu Warszawskiego rozpoczynają ofensywę na Europę Zachodnią, a teatr działań militarnych rozpościera się od południowych wybrzeży Grenlandii po brzegi Niemiec Zachodnich. Na morza wypływają niszczyciele, pancerniki, patrolowce, transportowce, po niebie przelatują wojskowe samoloty. Wojna toczy się też w jeszcze jednym, niedostępnym dla ludzkiego oka miejscu. W morskich głębinach…


"Cold Waters" to "symulator" okrętów podwodnych stworzony przez niewielkie studio Killerfish Games. Twórcy specjalizują się w tematyce wojen morskich – na ich koncie znaleźć można dwie pozycje o II wojnie światowej właśnie z tej perspektywy. Tym razem przenieśliśmy się bliżej naszych czasów i zafundowano nam scenariusz bliski opowieściom snutym przez Toma Clancy’ego.

Przywołanie w tym miejscu nazwiska mistrza political thrillerów ma też jeszcze jedno uzasadnienie. Przy tworzeniu "Cold Waters" mocno inspirowano się grą "Red Storm Rising" z 1988 roku, która to była adaptacją jego książki "Czerwony Sztorm".


Nie bez powodu wziąłem słowo "symulator" w cudzysłów. Tytuł ten nie jest pełnoprawnym symulatorem, gdzie osobiście obsługujemy dosłownie wszystkie instrumenty. Część pracy jest wykonywana za nas przez wirtualną załogę, a my, jako kapitan okrętu, w większym stopniu skupiamy się na planowaniu taktycznym.

"Cold Waters" jest pewnego rodzaju hybrydą. Okrętem możemy sterować samodzielnie bądź za pomocą wydawania komend, dokonujemy identyfikacji odnalezionych celów poprzez sonar lub inne instrumenty, ale precyzyjne pomiary dokonywane są za nas przez grę. Jeśli jednak ktoś myśli, że to pozycja bardziej zręcznościowa, to jest w błędzie. Podstawy łapiemy szybko – trochę pomaga w tym samouczek, znacznie bardziej obszerna instrukcja. Wyzwanie czeka nas już po wyjściu z portu. Prowadzenie efektywnej wojny podwodnej wymaga zrozumienia takich pojęć, jak: kawitacja, termoklina czy strefa mroku (oryg. shadow zone). Musimy nauczyć się kluczenia pomiędzy poszukującymi nas okrętami, wykorzystywania "martwej strefy" ich sonarów i określania parametrów sygnałów, które zbierają nasze czujniki. Tego niestety dobrze nie tłumaczą samouczki i najlepiej jest zasięgnąć porady w sieci, a potem próbować wdrożyć to u siebie. Osobiście po kilku dniach miałem zapisane kilka stron notatek związanych z efektywnym dowodzeniem okrętem.


Po zapoznaniu się z podstawami warto najpierw rozegrać kilka pojedynczych misji. Oferują one zróżnicowane rodzaje zadań, co dodatkowo pozwala nam osiągnąć wprawę i lepiej przygotować się na zmierzenie się z dostępnymi kampaniami. Co ważne, oprócz głównych założeń, są one generowane losowo. Dla przykładu, wybierając pojedynek z innym okrętem podwodnym, nigdy nie będziemy na początku wiedzieć, z jakim typem przeciwnika będziemy mieć do czynienia, a także na jakiej pozycji będzie się on znajdować. Czasami może się okazać, że na sonarze będziemy mieć więcej celów, z czego tylko jeden z nich będzie wrogiem.


"Cold Waters" oferuje dwie zróżnicowane kampanie, obie rozgrywane po stronie NATO. Zarys pierwszej mogliście przeczytać na początku recenzji, druga cofa nas do 1968 roku i interwencji ZSRR w Czechosłowacji, która staje się zarzewiem większego konfliktu. Teatr działań wojennych jest dokładnie ten sam, za to znaczną różnicę robi poziom zaawansowania okrętu i sprzętu, jakim dysponujemy. Jak nietrudno się domyślić, kampania z 1984 jest łatwiejsza – głównie przez bardziej dopracowane torpedy i lepsze sensory do wykrywania przeciwników.

Przebieg kampanii jest losowy. Nigdy nie wiemy, jakie będą na nas czekać rozkazy. Może to być standardowy patrol, któremu przyświeca zatopienie jak największej liczby radzieckich okrętów i statków, ale też może się okazać, że będziemy musieli wytropić uszkodzony okręt i dokończyć "dzieła", przeprowadzić atak na cele naziemne lub wysadzić desant komandosów we wskazanym miejscu.
Bez względu na to, jakie będą na was czekać zadania, to gwarantuję, że emocji nie zabraknie. Większość czasu spędzamy na ekranie taktycznym, gdzie obserwujemy ruch wykrytych jednostek, a także kierunki, z których docierają do nas sygnały z aktywnych sonarów. W każdej chwili możemy też przełączyć się na widok z zewnątrz, gdzie podziwiać będziemy smukły kształt naszego okrętu.


Pierwsza "nerwówka" czeka na nas po uzyskaniu pierwszego kontaktu. Szybko staramy się określić, z czym mamy do czynienia. Czy to statek handlowy? Okręt podwodny? Niszczyciel? A może po prostu mieszkający w okolicy humbak? Po potwierdzeniu podejrzeń zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Próbujemy podejść przeciwnika tak, aby o naszej obecności dowiedział się jak najpóźniej albo wtedy, kiedy wystrzelona przez nas torpeda będzie blisko jego burty. Jeśli wykonujemy zadanie wymagające od nas unikania starć, to robimy wszystko, żeby jak najszybciej zniknąć. Często jednak wróg ma przeważające siły, tak więc nie jest to łatwe zadanie. Ze słuchawkami na uszach, w pełnym skupieniu oczekujemy najlepszego momentu na atak, jednocześnie spodziewając się najgorszego. I tak przez minimum 40 minut, a często nawet i półtorej godziny. "Cold Waters" uczy cierpliwości, trzymania nerwów na wodzy i zachowywania zimnej krwi.


Kiedy zostaniemy namierzeni, kończy się czas bierności. Gra nie ma aktywnej pauzy, aby na spokojnie powydawać rozkazy. Musimy błyskawicznie przeanalizować sytuację, określić priorytety i zacząć działać. Odpalamy torpedę w kierunku ostrzeliwującego nas celu, aby dać mu "coś do roboty", wypuszczamy wabiki, zmieniamy kurs i głębokość. Na każdy rodzaj ataku jest inna strategia, której warto się nauczyć. Na torpedy zrzucane z samolotów reagujemy szybkim zejściem poniżej 150 stóp, torpedy z okrętów nawodnych i podwodnych próbujemy wymanewrować i zmylić "przeszkadzajkami". Czasami nie mamy wystarczająco dużo szczęścia i jednak zostaniemy uszkodzeni. Jeśli nie idziemy od razu na dno, to szybko wysyłamy zespół naprawczy. Uwierzcie mi, nawet głęboko pod wodą może być gorąco.


Mój główny zarzut do kampanii jest taki, że można ją ukończyć dość szybko. Jeśli uda się Wam ukończyć większość misji, to ostatnie, decydujące starcie zobaczycie już po około 8-10 godzinach gry. Teoretycznie w grze ukazana jest błyskawiczna ofensywa Układu Warszawskiego i odpowiedź na niego ze strony NATO, ale po ukończeniu jednej z dwóch finałowych misji (z czego jedna jest nie lada wyzwaniem) pozostaje pewien niedosyt. Na szczęście w Internecie można znaleźć sposoby na wydłużenie czasu trwania zmagań wojennych.

"Cold Waters" to świetna propozycja dla wszystkich amatorów tematu. Aby skutecznie siać spustoszenie wśród wroga, nie trzeba posiadać wieloletniego praktycznego doświadczenia na stanowisku kapitana okrętu bądź być fanatykiem "podwodniactwa". Z drugiej strony to nie zręcznościówka i do efektywnego działania należy przyswoić sobie trochę wiedzy i poświęcić czas na treningi. Jeśli tylko pasują Wam takie klimaty, to macie zagwarantowaną zabawę na wiele godzin.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Paweł Kozierkiewicz
ocenia tę grę na:
1 10 9/10 rewelacyjna